Napisałem tekst. Może dobry, może słaby. Raczej to drugie, ale jest.

Pan trener Piotr nie ma łatwego życia
To nie trenerzy są głównymi odpowiedzialnymi za archaiczny styl gry i wyniki, oraz nie piłkarze, którzy dla wielu są przepłaceni, słabi, zdemotywowani i nieambitni. Winni są wszyscy. Prezesi, kibice, zawodnicy i szkoleniowcy.

Oczywiście na początku musimy sobie coś wyjaśnić. Trenerzy są odpowiedzialni za styl i wyniki. Ekstraklasowym zawodnikom rzeczywiście Europa ucieka coraz bardziej i dawno już nie są faworytami w starciach ze średniakami Eredivisie, czy słowackiej Fortuna Ligi. Jednak za politykę naszych drużyn odpowiadają przede wszystkim prezesi i kibice, a raczej ich wygórowane oczekiwania.

Przejdźmy sobie teraz do cudownego świata football fiction i wcielmy się w rolę trenera Piotra. Trener Piotr w swoich pierwszych miesiącach pracy uratował drużynę przed spadkiem.
W kolejnym sezonie wygrał Puchar Polski, zajął 3 miejsce w lidze, awansował do eliminacji pucharów pierwszy raz od 50 lat, wygrał Superpuchar i został najbardziej utytułowanym szkoleniowcem w historii prowadzonego przez siebie klubu – Lesznianki Leszno. Niestety trener Piotr sam sobie wykopał grób.

W nowym sezonie zarząd i kibice oczekują od niego minimum powtórzenia wyniku w lidze. Uniknął już największego przekleństwa. Nie stracił (jeszcze) połowy składu. Nie może jednak spać spokojnie, bo na najlepszych wciąż czyha byle zachodni klub mający wolne 3 miliony euro w kasie. Trener Piotr dostał do pierwszego składu 4 nowych zawodników. Spadković, Doodbudowy, Niespełniony i Junior. Większość ekspertów zgodnie przyznaje, że są to bardzo dobre wzmocnienia, w dodatku dokonane szybko więc trener dostanie czas by ich wkomponować do drużyny.

Klub raz płaci, a raz nie, ale nie przeszkadza to w tworzeniu propagandy sukcesu. Wprawdzie wciąż nie zapłacił Przedgłębiu Lublin wynoszącej 200 000 złotych raty transferowej za podstawowego zawodnika zeszłego sezonu, ale to nie szkodzi, bo ligowi rywale zgodzili się przełożyć (kolejny już raz) termin spłaty. Działacze są wdzięczni, bo to oznacza możliwość gry w długo wyczekiwanych w Lesznie _europejskich pucharów._

Nadeszła długo wyczekiwana przez kibiców pierwsza kolejka nowego sezonu. Łatwy rywal, bo grają z Beniaminkiem Łódź. Tu akcja skrzydłem, tam środkiem, wpadną ze 3 gole i czas przygotowywać się na europejskie puchary. Niestety wprowadzany do 1 składu przez cały okres przygotowawczy Spadković dostał czerwoną kartkę i to po takim wejściu, że pewnie dostanie kilka meczów zawieszenia. Jednak spokojnie, nic się nie stało, zawalił się tylko plan na kilka pierwszych kolejek. Mecz kończy się wynikiem 0-0, osiągniętym poprzez styl, który dopiero co przyniósł sukcesy. Konsekwentna murarka, wykopywanie piłki w aut, niski pressing, laga na skrzydło i wybitna forma bramkarza. Nie tego oczekują kibice w tym sezonie, ale wybaczają przez tą czerwoną. W dodatku teren Beniaminka jest zawsze ciężki. Trzeba zacząć przygotowywać się do dwumeczu w pucharach. Lesznianka gra z rywalem, który kiedyś był bardzo dobry, ale już się trochę stoczył. Na pewno ma szanse. Rywal przegrał nawet z jakimiś Finami 0-2 i do końca drżał o awans. Nie jest taki mocny, jak niektórzy myślą.

Już po pucharach. No nie wyszło. Lesznianka wygrała mecz u siebie 3-0 po wspaniałym spotkaniu. Grała tak, jak kibice tego pragnęli. Z polotem i fantazją. Spadković zrehabilitował się za spotkanie z Beniaminkiem i zanotował 2 asysty. Niestety w rewanżu nie wyszło. Do 83 minuty było wprawdzie 0-1, ale wtedy podpora zespołu, jeden z architektów najnowszych sukcesów, doświadczony bramkarz sfaulował rywala w polu karnym. Zrobiło się 0-2. W 7 minucie czasu doliczonego 37-letni skrzydłowy rywali Kwabanga (2 występy na MŚ 2002) pomknął skrzydłem. Oddał słaby strzał, ale obrońca się poślizgnął i strzelił samobója. Dogrywkę Lesznianka jakoś przetrwała, ale w rzutach karnych nie wytrzymała psychicznie. No cóż, szkoda. Wstydu nie przyniosła. Zabrakło doświadczenia. Rywale byli mocniejsi, bardziej utytułowani i od początku byli faworytem. Za rok wrócimy mocniejsi.

W lidze trener Piotr boryka się z zawieszeniami, kontuzjami i okazjonalnym protestem zawodników z powodu opóźnionych wypłat. Drużyna kończy na 6 miejscu. Kibice i zarząd są zawiedzeni, bo była szansa na mistrzostwo. Po 10 kolejkach klub był przecież na 1 miejscu z przewagą 5 punktów nad 2 drużyną. Po 4 porażkach z rzędu we wrześniu trener wrócił do starego stylu gry. Był za to krytykowany przez ekspertów i kibiców. Drużyna raz wygrywała, raz przegrywała, ale nie miała już tego błysku co sezon temu. Zarząd postanowił dać trenerowi jeszcze jedną szansę, bo Lesznianka znów wygrała Puchar Polski. Kluczowi zawodnicy odeszli, ale na ich miejsce pojawiło się kilku nowych.

Nowi zawodnicy grają tragicznie! Co ten trener robił z nimi w trakcie przygotowań?! Styl gry również się nie poprawił. Niby próbują, ale jest tragedia. W pucharach też porażka. Klub po 19 kolejkach zajmuje rozczarowujące 10 miejsce w lidze. Kibice, którzy 2 sezony temu nosili trenera Piotra i jego piłkarzy na rękach obecnie domagają się zwolnienia i jego i tych parodystów hańbiących wielką Leszniankę. Wszyscy spodziewają się tej decyzji lada dzień, ale trener jednak dostaje całą zimę na przygotowania do nowej rundy. Pierwszy mecz po przerwie remisuje 0-0 z liderem. W kolejnym przegrywa derby po pechowym samobóju w 91 minucie. ZWOLNIONY głoszą nagłówki sportowych dzienników następnego dnia. Eksperci zgodnie stwierdzają, że trener Piotr od dawna nie miał pomysłu na Leszniankę i ta zmiana powinna dokonać się wcześniej. Lesznianka skończy sezon na 9 miejscu, a 2 miesiące po zwolnieniu trener Piotr znajdzie pracę w zagrożonym spadkiem klubie, który niedawno był jednym z faworytów do wygrania ligi.

Wydaje mi się, że każdy z nas kojarzy ze swojej przygody z Ekstraklasą przynajmniej kilku takich trenerów Piotrów. I chyba największą bolączką takiego trenera jest konieczność wcelowania się w wyniki. Polscy prezesi i kibice (ale tym drugim można to wybaczyć, bo rozemocjonowani ludzie nie myślą logicznie) nie rozumieją, że ładny styl może mieć przykre konsekwencje. Dziś mało kto już pamięta, że zeszłosezonowa postawa Arki Gdynia była spowodowana głównie wymaganiami postawionymi trenerowi Smółce przez zarząd. Przecież za brzydką grę wyleciał Ojrzyński! A Smółka dostał złą murawę, słabych piłkarzy i oczekiwania z kosmosu. Co jednak gorsze, na początku je spełniał. Gdyby od pierwszego dnia swojej pracy w Arce notował średnio-słabe wyniki, które odpowiadają perspektywom takiego klubu jak Arka to albo by nie wyleciał, albo wytrzymałby dłużej. I ten scenariusz powtarza się od lat w każdym klubie. Prezes czasem wytrzyma rok, a czasem 2, czy 3 lata. Rzadko jednak się zdarza, by trener przynajmniej raz w sezonie nie przeczytał swojego nazwiska w rubryczce Zagrożeni zwolnieniem.

Mam też przeczucie graniczące z pewnością, że niejeden trener pomyślał sobie, że w sumie lepiej by było kolejny mecz zremisować, a może nawet przegrać, bo jak go wygrają, to oczekiwania w następnym będą bardzo wysokie. Złe myślenie? No złe. Jednak przez nas wszystkich prowokowane. W naszej lidze presja jest ogromna w stosunku do możliwości, którymi dysponuje każdy klub. Niby wiemy, że to Ekstraklasa, że każdy może wygrać z każdym, że najdłuższe serie są przerywane kompletnie losowo, ale jednocześnie, gdy ktoś przegra 5 meczów z rzędu, to już mu strugamy pal.

Załóżmy więc, że chcemy, by Ekstraklasa zaczęła dorównywać piłkarskiej Europie. Bo w końcu potencjał jest. Są pieniądze, są kibice (jak na region), są stadiony i coraz lepsza infrastruktura.

I załóżmy, że kluczem do tego jest unowocześnienie naszego futbolu, więcej gry piłką, mniej grania górą. Tylko jak to osiągnąć? Skoro granie na wynik jest u nas tak silnie zakorzenione, a wynik w Ekstraklasie z drużynami ciągle grającymi agresywnie i na lagę da się osiągnąć graniem tylko w ten sam sposób? Logiczne rozwiązania nie mają chyba sensu, bo logika się naszej Ekstraklasy po prostu nie trzyma. Więc przedstawię mój autorski, najbardziej szalony i nieodpowiedzialny pomysł dotyczący naszej piłki, na jaki ktokolwiek mógłby wpaść. Albo ją cofnie do ery kamienia kopanego, albo poziom wystrzeli jak nigdy. Raczej to pierwsze, ale przynajmniej byłoby wesoło.

Zamrozić ligę, na rok, dwa albo pięć. Można rzucić kostką, wtedy powinniśmy dostać wynik najbardziej odpowiadający charakterystyce rozgrywek. Żadnych spadków i awansów. Zamrozić też kontrakty trenerów, żadnych zwolnień, co się mają martwić. Zero obcokrajowców. Albo jak już, to jakieś wielkie gwiazdy za gruby hajs. Obowiązek [losowa liczba] młodzieżowców w pierwszym składzie. Zmusić wszystkich do grania w lepszym stylu (widzę to, 5 sędziów oceniających styl, ładnie wyświetlająca się tabelka z ocenami, kłótnie przy obiedzie w Poznaniu, że mazowiecki sędzia dał tak niską), a żeby obyło się bez kombinowania, losować pozycje na koniec sezonu. Jak ostatnie miejsce da taką samą szansę na grę w pucharach jak pierwsze, to już naprawdę nie będzie potrzeby się powstrzymywać i trenerzy będą mogli iść na całość. Obejrzelibyśmy sobie w ostatniej kolejce pierwszą Legię wychodzącą w ustawieniu 2-5-3 na trzecią Lechię grającą defensywnym 3-4-3. Potem w pucharach obie drużyny pogodziłaby czternasta Korona Kielce, która w kwalifikacjach do Ligi Mistrzów pokonałaby Celtic 4-0 grając cały mecz ultradefensywnym 4-3-3. Po 5 latach przywrócić normalne rozgrywki i zobaczyć, czy zmieniła się mentalność.

Oczywiście nie ma na to szans. Za to szanse są na to, że już w czwartek pan trener Piotr, pan trener Waldemar i pan trener Aleksandar poczynią pierwszy krok do odpadnięcia z eliminacji do Ligi Europy, są całkiem spore. A wtedy w mediach przeczytamy kilka tekstów, że szkoda, że smutno, że skandal, że może za rok będzie lepiej, że liga się rozwija, że liga się zwija, że trzeba coś zmienić. Obyśmy kiedyś odkryli, czym jest coś, a póki co trzeba szykować się na mecz Rakowa z Koroną.

#ekstraklasa #pilkanozna